czwartek, 12 czerwca 2014

Let's shoot a little bit

Kolega z pracy (lat 20, nie może pić jeszcze piwa) zabrał mnie na strzelnicę. Jego pytanie przed przejażdżką brzmiało:
- Z czego byś chciał postrzelać?
Ja na to, że w sumie to mi wszystko jedno i zależy co ma. Odpowiedź:
- Mam prawie wszystko. Wybierz coś.
No więc wybrałem Garanda i AR15 w kalibrze .223. Do tego doszedł Glock, rewolwery .22 i .44 (tak, tak, Brudny Harry to ja), jakaś modyfikacja AR15, SKS w układzie bullpup, winchester (chyab 1894) i na deser snajperski karabin .338 Lapua.
Na pierwszy ogień poszedł Garand. Ciężki, ale niesamowicie celny. Na 100 jardów pierwszym strzałem zdjąłem półlitrową, plastikową butelkę. Duży pocisk, 7.62mm, spory odrzut, ale frajda taka, że uśmiech miałem od ucha do ucha. No i ten dźwięk klipsa wyrzucanego po ósmym strzale - klasyka.
Następny był SKS. Szczerze mówiąc nie powalił mnie na kolana. Wiem, że to akurat była wersja sportowa, a nie do walki, ale jakoś nie widzę zmiany magazynka podczas wymiany ognia.
Potem modyfikowany AR15 - zewnętrznie OK, orisowany chwyt przedni, regulowana kolba, dobra optyka, ale... zacinka co 3-4 strzał. Pewnie dlatego, że modyfikacja polegała na przystosowaniu do jakichś dziwnych nabojów i pocisków, które były robione samodzielnie.
Dalej zwykły AR15, kaliber .223 - bajeczka. Lekki, niezawodny i cholernie celny - używałem tylko kolimatora, a i tak udało mi się trafiać na 100 jardów.
Kolejna zabawka to .338 Lapua. Podobno celny strzał można z tego oddać na odległość 3600 jardów czyli nieco ponad dwóch mil.
Winchester, z pociskami .357 magnum. Niezła zabawa.
I na koniec dwa rewolwery - .22 rimfire i .44 magnum. Dwudziestkadwójka to zabawka prawie, choć na 10-15 jardów strzelanie może sprawiać przyjemność. Natomiast .44 to prawdziwa armata - nie próbowałem strzelać z jednej ręki ;-)



Podsumowując - wiem, że moja pozycja strzelecka jest do dupy, ale nikt mnie nigdy nie uczył jak strzelać z broni palnej. Moje jedyne doświadczenia to, do tej pory, wiatrówka na działce, ASG i strzelnica podczas festynów. Teraz wiem, że trzeba się zapisać do klubu strzeleckiego i trenować, bo jest to niezła frajda, a i umiejętność, moim zdaniem, przydatna. Broni jako narzędzia bać się nie należy tylko mieć do niej respekt.

Aha, czyż podejście do odpowiedzialności nie jest rozczulające w Stanach?

Polecam drugie zdanie. Nie rząd czy zarząd weźmie za Ciebie odpowiedzialność, ale to Ty jesteś podmiotem, a nie przedmiotem.
Możecie flejmować :-P



wtorek, 10 czerwca 2014

Freeway driving

Wybrałem się na czterodniową wycieczkę po stanie Idaho. Skusiła mnie perspektywa uczestnictwa w rendezvous organizowanym przez ludzi z Fort Henry Bucskinners. Wynająłem więc samochód - dostałem Volkswagena Jetta, 2.5, kombi - spakowałem się i ruszyłem w czwartek rano. Przejechanie 340 mil czyli prawie 550 km zajęło mi 5 i 1/2 godziny, wliczając w to postój w Burger Kingu i tankowanie. Niezła średnia, moim zdaniem. To co mnie znów zastanowiło to, że można zbudować autostradę zarówno z betonu i asfaltu, a mimo to nie jest ona popękana i rozjechana mimo upałów rzędu 40 C, sporadycznych mrozów i ciężkich transportów.

Przy okazji naszła mnie taka myśl czemu mówią na międzystanowe drogi "freeway". Oto odpowiedź:
 Lekko pod górkę, ograniczenie dla ciężarówek do 65 mph i wyprzedzanko. Jeden jechał 70 mph, a drugi 73mph - sprawdziłem na liczniku - i tak przez 2-3 mile, zanim się udało.
Kolejna sytuacja - ograniczenie 75 mph - niektórzy się stosują, inni przekraczają o 5 do 10, ale nie ma zasady, że jak nie wyprzedasz to zjeżdżasz z lewego pasa. Nie, to wolny kraj i będę jechać 70ką lewym pasem, bo tak mi wygodnie. Szczerze mówiąc byłem jednym z niewielu kierowców, którzy po wyprzedzaniu zjeżdżali na prawy pas. Zresztą przy poprzedniej wycieczce do Yellowstone Paul powiedział, że zachowuję się dziwnie, bo biorę pod uwagę rzeczy, o których większość tu nie myśli, np. zjeżdżanie na lewy pas, żeby umożliwić włączenie się do ruchu przy wjazdach na autostradę.
No, ale dość narzekania - jazda samochodem tutaj to generalnie prawdziwa przyjemność.
Krótki film z jazdy drogą 20 do Arco, Idaho. Muzyka obowiązkowo w klimacie ;-)
Hwy 20, Pocatello - Arco, Idaho
W drodze powrotnej zaliczyłem Craters of the Moon - ostatnia aktywność 2 000 lat temu - olbrzymia połać pokryta lawą. Robi wrażenie.

Najfajniejsze są tunele, którymi płynęła kiedyś lawa. Niektóre wielkie, że kilka zmieściłyby pociąg, inne zaś takie, że trzeba się prawie czołgać wchodząc do nich.



Jak widać część z tych "jaskiń" jest na tyle głęboko, że jest w nich lód - przez cały rok. Podobno Szoszoni wykorzystywali te miejsca do uzupełnienia zapasów wody podczas wędrówek.
Dalsza droga wiodła w kierunku Boise, ale po drodze udało mi się zatrzymać w mieścinie zwanej Fairfield. Dwie ulice na krzyż, stacja benzynowa, sklep, hamburgery i kurz, dużo kurzu.

Koniec piątku zastał mnie na szutrówce ciągnącej się wzdłuż zalewów Lucky Peak i Arrowrock oraz rzeki Boise - przejechanie 21 i 1/2 mili zajęło mi godzinę, ale widoki były przepiękne.



No, a potem to już sobie z Seanem siedzieliśmy, sączyliśmy piwko, jamesona i krupnik, łaziliśmy po wzgórzach, kąpaliśmy się w rzece i prowadziliśmy dyskusje na dziwne tamaty.


 W sobotę wybraliśmy się na 4 milową przejażdżkę do Twin Springs.
 Sklep z barem urządzony dość dziwnie, ale tutaj to standard. Wypiliśmy po piwku, pogadaliśmy z obsługą, posłuchaliśmy opowieści o duchach, tak tak, prawdziwych duchach w górach Skalistych ;-)

Przy okazji wypróbowałem swój nowy nabytek - hamak. Świetna sprawa, żadnych kijków, suwaków, okopywania namiotu. Wystarczą dwa drzewa i spanko jak marzenie.
W sumie przez weekend zrobiłem 806 mil i gdybym zostawał dłużej to na bank wynająłbym wóz jeszcze raz pomimo, że lwią część opłaty stanowi ubezpieczenie od szkód i kradzieży (ale nie ryzykowałbym niewykupienia tego). Najtaniej wyszło paliwo - 26 galonów za jakieś 95 dolarów :-).