- Z czego byś chciał postrzelać?
Ja na to, że w sumie to mi wszystko jedno i zależy co ma. Odpowiedź:
- Mam prawie wszystko. Wybierz coś.
No więc wybrałem Garanda i AR15 w kalibrze .223. Do tego doszedł Glock, rewolwery .22 i .44 (tak, tak, Brudny Harry to ja), jakaś modyfikacja AR15, SKS w układzie bullpup, winchester (chyab 1894) i na deser snajperski karabin .338 Lapua.
Na pierwszy ogień poszedł Garand. Ciężki, ale niesamowicie celny. Na 100 jardów pierwszym strzałem zdjąłem półlitrową, plastikową butelkę. Duży pocisk, 7.62mm, spory odrzut, ale frajda taka, że uśmiech miałem od ucha do ucha. No i ten dźwięk klipsa wyrzucanego po ósmym strzale - klasyka.
Następny był SKS. Szczerze mówiąc nie powalił mnie na kolana. Wiem, że to akurat była wersja sportowa, a nie do walki, ale jakoś nie widzę zmiany magazynka podczas wymiany ognia.
Potem modyfikowany AR15 - zewnętrznie OK, orisowany chwyt przedni, regulowana kolba, dobra optyka, ale... zacinka co 3-4 strzał. Pewnie dlatego, że modyfikacja polegała na przystosowaniu do jakichś dziwnych nabojów i pocisków, które były robione samodzielnie.
Dalej zwykły AR15, kaliber .223 - bajeczka. Lekki, niezawodny i cholernie celny - używałem tylko kolimatora, a i tak udało mi się trafiać na 100 jardów.
Kolejna zabawka to .338 Lapua. Podobno celny strzał można z tego oddać na odległość 3600 jardów czyli nieco ponad dwóch mil.Winchester, z pociskami .357 magnum. Niezła zabawa.
I na koniec dwa rewolwery - .22 rimfire i .44 magnum. Dwudziestkadwójka to zabawka prawie, choć na 10-15 jardów strzelanie może sprawiać przyjemność. Natomiast .44 to prawdziwa armata - nie próbowałem strzelać z jednej ręki ;-)
Podsumowując - wiem, że moja pozycja strzelecka jest do dupy, ale nikt mnie nigdy nie uczył jak strzelać z broni palnej. Moje jedyne doświadczenia to, do tej pory, wiatrówka na działce, ASG i strzelnica podczas festynów. Teraz wiem, że trzeba się zapisać do klubu strzeleckiego i trenować, bo jest to niezła frajda, a i umiejętność, moim zdaniem, przydatna. Broni jako narzędzia bać się nie należy tylko mieć do niej respekt.
Aha, czyż podejście do odpowiedzialności nie jest rozczulające w Stanach?
Polecam drugie zdanie. Nie rząd czy zarząd weźmie za Ciebie odpowiedzialność, ale to Ty jesteś podmiotem, a nie przedmiotem.
Możecie flejmować :-P























