czwartek, 31 lipca 2014

A teraz coś z zupełnie innej beczki

Uuu, chopie, tyn cug to fajnisty je!
Jadę sobie pociągiem Euro City do Chorzowa i jestem w szoku. Na Centralnym czysto i ładnie. Pociąg podjechał o wskazanej godzinie, odjechał też. W środku klima działa, że aż miło. Jest wysprzątane tak, że DB mogą się wstydzić. Do tego żadnego stukotu i hałasu, który znam z Rzeźni, czyli nocnego pociągu do Gdyni. Czekam na soczek i ciastko - sam kierownik pociągu je zapowiedział przed chwilą.
Kiedy kupowałem bilet pani w okienku życzyła mi miłej podróży - poczułem się jak w hameryce :-)
A co mój wpis ma wspólnego ze Stanami? Jadę na Śląsk, bo w Warszawie nie udało mi się znaleźć żadnego urządzenia zdolnego zbadać monokryształy, które udało mi się wytworzyć w Boise. Dopiero poprzez znajomych ludzi, którzy handlują sprzętem do badań udało mi się namierzyć SMCEBI wyposażone w nowiutki dyfraktometr rentgenowski zdolny badać próbki większe niż 1 mm sześcienny (sic!). W drodze powrotnej opiszę wrażenia.
Miłego dnia życzę!

czwartek, 12 czerwca 2014

Let's shoot a little bit

Kolega z pracy (lat 20, nie może pić jeszcze piwa) zabrał mnie na strzelnicę. Jego pytanie przed przejażdżką brzmiało:
- Z czego byś chciał postrzelać?
Ja na to, że w sumie to mi wszystko jedno i zależy co ma. Odpowiedź:
- Mam prawie wszystko. Wybierz coś.
No więc wybrałem Garanda i AR15 w kalibrze .223. Do tego doszedł Glock, rewolwery .22 i .44 (tak, tak, Brudny Harry to ja), jakaś modyfikacja AR15, SKS w układzie bullpup, winchester (chyab 1894) i na deser snajperski karabin .338 Lapua.
Na pierwszy ogień poszedł Garand. Ciężki, ale niesamowicie celny. Na 100 jardów pierwszym strzałem zdjąłem półlitrową, plastikową butelkę. Duży pocisk, 7.62mm, spory odrzut, ale frajda taka, że uśmiech miałem od ucha do ucha. No i ten dźwięk klipsa wyrzucanego po ósmym strzale - klasyka.
Następny był SKS. Szczerze mówiąc nie powalił mnie na kolana. Wiem, że to akurat była wersja sportowa, a nie do walki, ale jakoś nie widzę zmiany magazynka podczas wymiany ognia.
Potem modyfikowany AR15 - zewnętrznie OK, orisowany chwyt przedni, regulowana kolba, dobra optyka, ale... zacinka co 3-4 strzał. Pewnie dlatego, że modyfikacja polegała na przystosowaniu do jakichś dziwnych nabojów i pocisków, które były robione samodzielnie.
Dalej zwykły AR15, kaliber .223 - bajeczka. Lekki, niezawodny i cholernie celny - używałem tylko kolimatora, a i tak udało mi się trafiać na 100 jardów.
Kolejna zabawka to .338 Lapua. Podobno celny strzał można z tego oddać na odległość 3600 jardów czyli nieco ponad dwóch mil.
Winchester, z pociskami .357 magnum. Niezła zabawa.
I na koniec dwa rewolwery - .22 rimfire i .44 magnum. Dwudziestkadwójka to zabawka prawie, choć na 10-15 jardów strzelanie może sprawiać przyjemność. Natomiast .44 to prawdziwa armata - nie próbowałem strzelać z jednej ręki ;-)



Podsumowując - wiem, że moja pozycja strzelecka jest do dupy, ale nikt mnie nigdy nie uczył jak strzelać z broni palnej. Moje jedyne doświadczenia to, do tej pory, wiatrówka na działce, ASG i strzelnica podczas festynów. Teraz wiem, że trzeba się zapisać do klubu strzeleckiego i trenować, bo jest to niezła frajda, a i umiejętność, moim zdaniem, przydatna. Broni jako narzędzia bać się nie należy tylko mieć do niej respekt.

Aha, czyż podejście do odpowiedzialności nie jest rozczulające w Stanach?

Polecam drugie zdanie. Nie rząd czy zarząd weźmie za Ciebie odpowiedzialność, ale to Ty jesteś podmiotem, a nie przedmiotem.
Możecie flejmować :-P



wtorek, 10 czerwca 2014

Freeway driving

Wybrałem się na czterodniową wycieczkę po stanie Idaho. Skusiła mnie perspektywa uczestnictwa w rendezvous organizowanym przez ludzi z Fort Henry Bucskinners. Wynająłem więc samochód - dostałem Volkswagena Jetta, 2.5, kombi - spakowałem się i ruszyłem w czwartek rano. Przejechanie 340 mil czyli prawie 550 km zajęło mi 5 i 1/2 godziny, wliczając w to postój w Burger Kingu i tankowanie. Niezła średnia, moim zdaniem. To co mnie znów zastanowiło to, że można zbudować autostradę zarówno z betonu i asfaltu, a mimo to nie jest ona popękana i rozjechana mimo upałów rzędu 40 C, sporadycznych mrozów i ciężkich transportów.

Przy okazji naszła mnie taka myśl czemu mówią na międzystanowe drogi "freeway". Oto odpowiedź:
 Lekko pod górkę, ograniczenie dla ciężarówek do 65 mph i wyprzedzanko. Jeden jechał 70 mph, a drugi 73mph - sprawdziłem na liczniku - i tak przez 2-3 mile, zanim się udało.
Kolejna sytuacja - ograniczenie 75 mph - niektórzy się stosują, inni przekraczają o 5 do 10, ale nie ma zasady, że jak nie wyprzedasz to zjeżdżasz z lewego pasa. Nie, to wolny kraj i będę jechać 70ką lewym pasem, bo tak mi wygodnie. Szczerze mówiąc byłem jednym z niewielu kierowców, którzy po wyprzedzaniu zjeżdżali na prawy pas. Zresztą przy poprzedniej wycieczce do Yellowstone Paul powiedział, że zachowuję się dziwnie, bo biorę pod uwagę rzeczy, o których większość tu nie myśli, np. zjeżdżanie na lewy pas, żeby umożliwić włączenie się do ruchu przy wjazdach na autostradę.
No, ale dość narzekania - jazda samochodem tutaj to generalnie prawdziwa przyjemność.
Krótki film z jazdy drogą 20 do Arco, Idaho. Muzyka obowiązkowo w klimacie ;-)
Hwy 20, Pocatello - Arco, Idaho
W drodze powrotnej zaliczyłem Craters of the Moon - ostatnia aktywność 2 000 lat temu - olbrzymia połać pokryta lawą. Robi wrażenie.

Najfajniejsze są tunele, którymi płynęła kiedyś lawa. Niektóre wielkie, że kilka zmieściłyby pociąg, inne zaś takie, że trzeba się prawie czołgać wchodząc do nich.



Jak widać część z tych "jaskiń" jest na tyle głęboko, że jest w nich lód - przez cały rok. Podobno Szoszoni wykorzystywali te miejsca do uzupełnienia zapasów wody podczas wędrówek.
Dalsza droga wiodła w kierunku Boise, ale po drodze udało mi się zatrzymać w mieścinie zwanej Fairfield. Dwie ulice na krzyż, stacja benzynowa, sklep, hamburgery i kurz, dużo kurzu.

Koniec piątku zastał mnie na szutrówce ciągnącej się wzdłuż zalewów Lucky Peak i Arrowrock oraz rzeki Boise - przejechanie 21 i 1/2 mili zajęło mi godzinę, ale widoki były przepiękne.



No, a potem to już sobie z Seanem siedzieliśmy, sączyliśmy piwko, jamesona i krupnik, łaziliśmy po wzgórzach, kąpaliśmy się w rzece i prowadziliśmy dyskusje na dziwne tamaty.


 W sobotę wybraliśmy się na 4 milową przejażdżkę do Twin Springs.
 Sklep z barem urządzony dość dziwnie, ale tutaj to standard. Wypiliśmy po piwku, pogadaliśmy z obsługą, posłuchaliśmy opowieści o duchach, tak tak, prawdziwych duchach w górach Skalistych ;-)

Przy okazji wypróbowałem swój nowy nabytek - hamak. Świetna sprawa, żadnych kijków, suwaków, okopywania namiotu. Wystarczą dwa drzewa i spanko jak marzenie.
W sumie przez weekend zrobiłem 806 mil i gdybym zostawał dłużej to na bank wynająłbym wóz jeszcze raz pomimo, że lwią część opłaty stanowi ubezpieczenie od szkód i kradzieży (ale nie ryzykowałbym niewykupienia tego). Najtaniej wyszło paliwo - 26 galonów za jakieś 95 dolarów :-).


wtorek, 22 kwietnia 2014

FOMO czyli samotność w sieci po amerykańsku

Fear Of Missing Out - termin, który pierwszy raz zobaczyłem na wykładzie prowadzonym przez mojego tutejszego szefa. FOMO był przykładem niezamierzonych skutków wprowadzania w życie różnych wynalazków, tu - internetu, portali społecznościowych i telefonów komórkowych, razem i z osobna. Było o pisaniu esemesów podczas lunatykowania i innych takich.
Może i dziwny temat, ale daje się to zaobserwować na ulicy, w autobusie i nawet na uniwerku - prawie wszyscy z komóreczką (koniecznie ajfon - tego im zazdroszczę - mają własny brand) w ręku i nonstop na pejsbuku czy innym tłiterze. Oczywiście są odstępstwa od reguły jak choćby koleżanka z zespołu, która serfuje po sieci, żeby znaleźć statystyczne dane lub definicje do poparcia / obalenia tez i podtrzymania dyskusji, ale to zaczyna być jak Hamaba 6 - permanente podłączenie do sieci. Tylko czekać na wszczepki...
Naszło mnie na to przy okazji sprawdzania godziny, zegarka nie noszę, mam komórkę. No więc chcę sprawdzić godzinę wracając z baru, wyciągam z kieszeni telefon i zamiast zerknąć po prostu na zegarek, hyc, i już transfer i pejsbuczek hulają. O nie, tak to być nie będzie. Rozmowy z rodziną przez hengałta to normalne, ale uzależnienie od sieci trzeba trochę przyhamować.
Do tego znalazłem ładny obrazek ilustrujący "trynd":

Na szczęście mam do czynienia z ludźmi, którym rozmowa na żywo sprawia przyjemność. Przypadek skrajny to Dorian - gość z Albanii, który żyje to już od 15 lat - w zeszłą środę toczyliśmy taką konwersację (rozmową się tego nie da nazwać ;-) ), że miejscowi wymiękli po 5 dzbanku Ale i poszli do domu, a my skończyliśmy po północy pijąc bro i wódkę w kolejnym barze. A wszystko obracało się dookoła historii, polityki i, w pewnym sensie, socjologii państw post-sowieckich.
Drugim aspektem FOMO, nie wiem czy zdefiniowanym przez kogokolwiek, jest toczenie rozmów na tematy "bezpieczne" - pogoda, sport itp. Z przygodnymi ludźmi na ulicy czy w barze nie pogadasz - jak zima w Polsce, czy pijecie piwo, etc. I tu znowu mam szczęście, bo ludzie z którymi spędzam czas są ciekawi świata, więc możemy sobie pogadać o historii, religii, pieniądzach i innych tematach w USA uznawanych za faux-pas.
Teraz wracam do oglądania Rzymu.
Dzień dobry Polsko!

piątek, 11 kwietnia 2014

Może nie Matrix, ale trochę science...

i zdecydowanie już nie fiction. Nie dość, że większość szkoleń tutaj (głównie z bezpieczeństwa i higieny pracy) odbyłem przez sieć to sporą część innych spraw mogę załatwić przez sieć. Niby normalka, ale fajnie jest móc porozmawiać z rodziną przez hangałta na żywo, z obrazem, a nie tylko przez telefon. Nie wspominając o tym, że za darmo ;-)
Co mnie skłoniło do takiego a nie innego posta? Przygotowuję się do wykładu, który za parę godzin mam poprowadzić dla studentów w Polsce - tak, wykład będzie przez sieć! Ale to jeszcze nic niezwykłego. Żeby udostępnić studentom filmy o obróbce plastycznej (taki będzie temat wykładu) łączę się z moim komputerem w pracy (uruchomiony jest cały czas), odpalam tim wiułera, uruchamiam chrołma, loguję się na dysk gógle i ładuję filmy. Jak dla mnie rewelacja! Niby ze zdalnego pulpitu korzystam w pracy dość często, żeby doglądać urządzeń pomiarowych, ale takich "cudów" to jeszcze nie robiłem. Po kiego diabła ściągać te filmy jeszcze raz z sieci czy też przesyłać między komputerami oddalonymi o kilka tysięcy kilometrów skoro można przesłać je stamtąd?
Oprócz tego sieć umożliwia mi utrzymanie kontaktu z "rzeczywistością" - gdyby nie fejsbuk nie wiedziałbym, że unija planuje coś nowego. Mogę sobie nawet posłuchać o tym w audycji Polskiego Radia: http://www.polskieradio.pl/10/485/Artykul/1096914,Bedzie-trudniej-o-pozwolenie-na-bron
Zresztą ten blogspot to też fajna sprawa - wyobrażacie sobie, że piszę listy, one potem płyną parostatkiem przez Atlantyk, jadą koleją żelazną przez pół Europy, żeby moja Żona przeczytała je na spotkaniu rodziny i znajomych na głos? W sumie to niezły byłby ubaw, szczególnie dla znajomych bawiących się w XIX wiek - "Listy z krainy ziemniaka - autorstwa dochtóra R. M. P. Wróblewskiego".

Obrazek jakiś się Państwu należy, więc coś nawiązującego do kolejnego sezony Gry o tron, której najnowszy odcinek obejrzałem dzięki zalukaj.tv :-)
I jeszcze link, niejako łączący się z tytułem wpisu, film z gatunku fiction i niezbyt dużo science:
https://www.youtube.com/watch?v=OCSJBsS4Rnw&feature=youtu.be

Miłego weekendu życzę!
(niniejszy post zawierał lokowanie produktu)

środa, 26 marca 2014

Hello Officer, may I ask you a question?

Jestem w szoku!

Zaczęło się tak - chciałem kupić Colta 1851, .36 cal przez stronę Cabela's (produkcja włoska, ale u nas jakoś nie można kupić...). Wszystko szło pięknie, płatność kartą itd. A rano mail od nich, że niestety, bazując na moich danych, doszli do wniosku, że wzmiankowaną broń będę chciał wywieźć poza granice USA i w związku z tym nie mogą mi jej sprzedać. Powołali się przy tym na prawo federalne. Poszperałem trochę i okazało się, że nawet nie chodzi o to, że ten rewolwer miałby opuścić USA, ale o to, że mając status "allien" i mając wizę nieimigracyjną muszę spędzić tu min. 180 dni, aby móc się starać o pozwolenie na zakup broni. Ale nie to mnie zszokowało - ich kraj, ich regulacje, nic nie poradzę.
Po pracy wybrałem się trochę pojeździć na rowerze i po drodze, zobaczywszy wóz policyjny, stwierdziłem, że zapytam policjanta jak to jest z tą bronią u nich. Gość był bardzo miły i choć nie dał mi wiążącej odpowiedzi na moje pytanie to pogadaliśmy sobie o rożnych rzeczach. Było o historii, odtwórstwie historycznym, zeszło też na prawo i politykę - trochę popsioczył na Baraka i jego politykę zagraniczną (rozmawialiśmy m.in. o Krymie). Ale to również mnie nie zaskoczyło.
W trakcie rozmowy przedstawił mi się, a ja jemu. Powiedział, że życzy mi wszystkiego dobrego i pojechał.
A teraz odebrałem od niego maila (na mój adres @boisestate), w którym podaje mi namiar na agentkę z ATF, która zgodziła się ze mną porozmawiać ws tego nieszczęsnego rewolweru. I to jest dla mnie naprawdę wielka sprawa:
1) gość po paru minutach rozmowy umie mnie znaleźć - jest oddelegowany do służby na terenie kampusu, więc wie jak się tu poruszać, nie tylko po drogach ;-)
2) przejął się sprawą i postanowił pomóc - nie mam zbyt dużych doświadczeń z naszą policją, ale te nieliczne interwencje, w których "uczestniczyłem" zawsze nacechowane były tumiwisizmem i podejściem panie-co-ja-poradzę? Do tego jeszcze dostałem jego numer telefonu na wszelki wypadek.

Naprawdę jestem pod wrażeniem - motto "To protect and to serve" wydaje się nie być jedynie pustą frazą. 
Jutro dzwonię do ATF (Alcohol, Tobacco, Firearms & Explosives) - ciekawe czego się dowiem.

wtorek, 25 marca 2014

Syćko bez te unije...

Na początku zastrzegam sobie prawo do lekkiego bełkotania i brzydkich słów - wino sprezentowane mi przez Debbie, żonę szefa, okazało się nadzwyczaj dobre (uwielbiam Rioję), widzę już dno w butelce, a frustracja narasta z każdym dniem :-(
Po raz kolejny pojechałem do tutejszego centrum handlowego. Co ciekawe rozciąga się ono na powierzchni kilku warsiawskich centrów razem wziętych. Po raz kolejny przekonałem się czemu ludzie nawet podczas wojny skupowali dolary - siła nabywcza tej waluty nadal bije na głowę każdą inną z poznanych dotychczas (w paru krajach już byłem i mam porównanie).
Jako przykład niech posłużą dwa kawałki gumy i materiału: zebrane do kupy, z haftem gościa z kijkiem na koniu (firma POLO, dla niezorientowanych) i z parą sznurówek, wyprodukowane w Chinach są dwukrotnie tańsze (bez przeceny) niż w Polszcze...
[http://i2.ztat.net/large/PO/21/2B/00/AK/11/PO212B00A-K11@5.jpg]
A wszystko to w stanie mającym jakieś 2/3 powierzchni prześwietnej III RP, którą to powierzchnię w znacznej części stanowią jałowe wzgórza lub pustynia czy też ich połączenie. Populację stanowi mniej niż 1,5 mln ludzi czyli ok. 3/4 populacji Warszawy. Jeśli chodzi o porównanie gospodarki Polski i Idaho to proszę zerknąć tu: http://www.netstate.com/economy/id_economy.htm - wygląda podobnie? Jedyne różnice to takie, że my nie mamy granatów, molibdenu i wanadu - mamy za to prawie całą północną granicę z morzem, ale to akurat nie jest miejsce na habilitację pt. jak dawać dupy przez brak gospodarki morskiej.
I co? Ziemniaki, kurwa! I ich przetwórstwo, sprzedaż i konsumpcja. Do tego trochę wołowiny i owiec. No i glina - cegielni ci u nas akurat dostatek. Nic, co u nas mogłoby się nie udać. Wychodzi na to, że nasze położenie geograficzne nie jest aż tak chujowe jakby mogło się wydawać.
Czarę goryczy przelała dzisiejsza wizyta w sklepie Cabela's - zorientowanym skojarzy się od razu z supermarketem z karabinami, ale jest tam o wiele więcej rzeczy takich jak: śpiwory, wędki, krzesełka piknikowe, pontony, łuki, kurtki, GPSy i wiele, wiele innych. Połaziłem sobie po hali wielkości tesco na Kabatach, kupiłem awaryjny odpowiednik śpiwora, małego multitoola (Lethermana zostawiłem Oli, na wszelki wypadek) i latarkę czołówkę - zamierzam łazić trochę po górach i przyda się zestaw do przetrwania. Potem oczywiście poszedłem na stoisko z bronią palną po drodze minąwszy stoisko z łukami i kuszami (Panie, kusza to śmierć wcielona, papież potępił i my komuniści wszystkich krajów popieramy to stanowisko w całej rozciągłości). Brakowało tam tylko MG42. Raj ;-)
Pogadałem z facetami, którzy tam pracują - zakup broni czarnoprochowej w zasadzie wygląda jak u nas, czyli wchodzisz do sklepu, płacisz i masz nową zabawkę. But oh, wait... Rewolwer kapiszonowy firmy Pietta (słoneczna Italia, ZSRE) kosztuje tu ok. 600-700 zł czyli o 50% mniej niż w Polsce, która jest, jakby nie patrzeć, troszkę bliżej niż USA. O co kaman? Nawet panowie w Cabela's nie wiedzieli. Pogadaliśmy za to o "progresive administration" - czyli o rządach, które skręcają na lewo (wiem, wiem, opieka zdrowotna jest tu do dupy i, jak słusznie zauważył jeden znajomy Doktor, nie załatwisz tu nic nawet "w pierwszej kolejności poza kolejnością". Na mój komentarz, że wiem jak to jest mieszkać w kraju z socjalistycznym ustrojem (jestem wystarczająco stary by pamiętać puste półki i kartki na cukier) odpowiedzieli, że z chęcią wysłaliby tych gości ze stanowego rządu do Europy, ale po drodze wyrzuciliby ich z łódki i kazali płynąć wpław. Domyślam się, że pracują tam raczej fascynaci broni niż pacyfiści (i obmierźli kapitaliści), ale to już kolejne moje spotkanie z ludźmi, którzy są zwolennikami kapitalizmu niż jakichś europejskich wymysłów - pierwsi byli mali przedsiębiorcy i jeden profesor, wszyscy cykliści.
W międzyczasie przypomniała mi się rozmowa z Erikiem, który pomaga mi w krystalizacji. Gadaliśmy o zarobkach profesorów, czy też raczej doktorów na stanowisku profesora, i wychodzi na to, że na BSU można zarobić ok. 6 000 USD na miesiąc, co daje ponad 70 000 USD na rok. Po co to piszę? A po to, żeby porównać koszt zakupu półciężarówki typu Mitsubishi L200 tu i u nas. W Polsce to min. 120 000 zł - wedle mojej wiedzy to ok. 100% rocznych zarobków profesora. Tu na taką furkę pracuje się pół roku. Na profesorskiej posadzie, of kors. Na przykładzie broni palnej porównanie ceny broni palnej wypada podobnie: w PL Glock 19 to 1/40 rocznych zarobków, w US - 1/80. Czemu nie porównuję zarobków tynkarzy? Bo nie param się tynkarstwem i trochę mało mnie to obchodzi - interesuje mnie jak mógłbym sobie poczynać w innych warunkach ekonomicznych...
No, zabrnąłem trochę w dygresje, ale główne moje pytanie pozostaje otwarte - co udaje się tutaj, a nie może wypalić u nas? Uprawa ziemniaków czy hodowla krów...?

niedziela, 23 marca 2014

Ask Paul, he bikes a lot...

Paulowi dupy nie zawracałem i samodzielnie przemierzałem ulice i ścieżki w Boise. Ale od początku...
Mój tutejszy szef prof Peter Muellner (w rzeczywistości jest dr inż jak ja, ale na stanowisku profesora - taka różnica między zachodnim i polskim systemem), pożyczył mi na czas pobytu w Boise rower. Zwykły góral, na dużych kołach. I muszę Wam napisać, że to jest pomysł lepszy od posiadania samochodu - mogę dojechać wszędzie gdzie chcę i zatrzymać się gdzie chcę, bo całe miasto i kampus przystosowane są do jazdy rowerem.
Zanim jednak mogłem swobodnie poszwędać się spędziłem 7 godzin w sobotę w laboratorium. Najpierw z Erikiem, czekając na przecięcie się próbki, pogadaliśmy o wędkowaniu, warunkach życia, pensjach, zamówieniach publicznych i innych sprawach, o których rozmawiają ludzie w dwóch różnych planet ;-)
Potem badaliśmy skład chemiczny stopu, z którego spróbujemy wyhodować pierwszy monokryształ dla mnie i gadaliśmy z Samem w innym laboratorium o studiowaniu, dobrych szefach i dziewczętach jedzących faszerowane hormonami kurczaki ;-)
Nareszcie po pracy mogłem wsiąść na rower. Pierwszym celem był sklep z militariami - kupiłem sobie spodnie ACU, dwie racje MRE (Meal Rejected by Ethiopians) na wycieczki po wzgórzach i fajny buttpack do łażenia po wzgórzach i jeżdżenia rowerem w dalsze regiony. Co ciekawe mieli też na składzie polskie hełmy, jeszcze czasów orzełka bez korony. Po zakupach jeździłem sobie powolutku i podziwiałem prawdziwą Amerykę.


Kupa złomu, domki zupełnie niepodobne do amerykańskiego snu - tak wygląda spora część posesji.
Za to dróg, i widoków, można im pozazdrościć.

W niedzielę, po niespiesznym śniadaniu postanowiłem pokręcić się po centrum miasta. Oczywiście każda stolica, Boise jest stolicą Idaho, musi mieć swój Kapitol - proszszsz bardz - tylko podziwiać.

Na odpoczynek wybrałem Camelback Park. Jak na 200-tysięczne miasto mają tu naprawdę sporo parków, wyposażonych w place zabaw dla dzieciaków, korty, boiska do siatkówki plażowej, "siłownie", miejsca do grillowania itp. Dlaczego Camelback? Ze środka płaskiej przestrzeni wyrasta taka oto górka.

A jak już się tam wdrapałem to mogłem podziwiać panoramę Boise.


Było tak ciepło, że nawet poleżałem na trawie i poopalałem się.
W drodze powrotnej miałem tez okazję podziwiać american dream, który znamy z filmów.
W tym mniejszym domku, na werandzie, rozwieszony był gwieździsty sztandar (nie wiem czy to widać na fotce).


I tak spędziłem niedzielę. Po południu znów udało mi się pooglądać grę w tenisa - tym razem w singla - znów wygrało Boise :-)
Po drodze widziałem mnóstwo ludzi ubranych w niebiesko-pomarańczowe ciuchy BSU. Nawet małe berbecie noszą barwy uniwerku, który jest dumą Boise. Naprawdę robi wrażenie to, że ludzie identyfikują się ze "swoją" uczelnią. Ja, oprócz czapki Broncos (którą dostałem w zeszłym roku) miałem dziś bluzę Politechniki (którą z kolei dostałem 2 dni przed wyjazdem od studentów mojego Wydziału) - a co, w końcu to najlepsza uczelnia techniczna w Polsce!
A wracając do Paula, to kolejny dr inż. na stanowisku profesorskim, to obiecał zabrać mnie na rowerową wyprawę na pustynię, can't wait for next weekend...

piątek, 21 marca 2014

Trochę historii

Wedle opowieści nazwa Boise (współcześnie wymawiana Boizi, a przez starszych mieszkańców Boisi) pochodzi od okrzyku jaki miał wznieść kapitan B.L.E. Bonneville w 1833 roku po zejściu ze wzgórz na widok drzew rosnących w dolinie wzdłuż rzeki - Les bois! Les bois! Voyez les bois! (Lasy, lasy, widzę lasy).
Pierwsza chata stanęła tu dopiero w 1863 roku, a postawił ją John O'Farrell.
Oprócz pełnienia roli domu była również pierwszym miejscem modlitw - O'Farrell był katolikiem. Powstanie Boise wiąże się z odkryciem złota w okolicy, które wywołało kolejną gorączkę złota. Chata stoi sobie to dziś przy ulicy West Fort, a obok jest tablica poświęcona jej powstaniu.


czwartek, 20 marca 2014

Z początku nie miałem ochoty tworzyć niczego nowego, ale skoro spora część Znajomych narzeka na nowy lejałt pejsbuka to zamiast na łolu będę publikował moje luźne myśli i spostrzeżenia na blogu "Poczuj ten Stan"  http://feelthatstate.blogspot.com/

Wyobraźcie sobie, że zarabiacie 3 000, a mieszkanie i jedzenie kosztuje jakieś 1 500. Resztę można przeznaczyć na co tylko dusza zapragnie. Wyobraźcie sobie, że za 260 kupujecie w sklepach z ciuchami markowe polo (3szt), spodnie (2 szt), koszule (2szt), krótkie spodenki (jedne sportowe i jedne do łażenia), outodoorową koszulę i polar polarteka, 6 par skarpetek, 4 pary bokserek i 4 szt ciuchów dla dziecka. Wszystko to sygnowane GAP, Levis etc. Ja nie komentuję bo mi się nie chce irytować zbytnio - udzielił mi się tutejszy luz i podejście keep smiling ;-)
No i do tego idziecie do fajnej knajpy (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) i za 26 zjadacie pyszne fajitas trio (z wołowiną, krewetkami i kurczakiem, na skwierczącym półmisku z górą tartego sera, śmietany, sałaty, guacamole, papryki i cebulki) popijając dwiema szklanicami wybornego browaru (bez niedolewki i 3 metrów sześciennych carbon dioxide), a wszystko to serwowane z uśmiechem przy fajnej muzie i na czystym kontuarze.
A wszystko to w kraju, w którym można zarobić 50 000 rocznie na łowieniu ryb, które są gatunkiem niepożądanym - normalnie można być bounty hunterem :-) BTW - są tu miejsca gdzie dzieciaki dorabiają w weekendy odławiając kojoty jako dowód przynosząc parę kojocich uszu do odpowiednich władz.
Any questions? Mi przychodzi na myśl tylko refren T.Love: Stany, stany, fajowa jazda... (żadnej dilerki i koksu jeszcze nie zanotowałem ;-) )

Żeby nie było tak cukierkowo jutro postaram się znaleźć jakąś dziurę w gwieździsto-pasiastym sztandarze...

Na koniec dodam, że piszę to oglądając mecz koszykówki (co za durna gra) drużyn z Texasu i Arizony (w Arizona State gra Jordan Bachynski :-D , który przed swoją karierą w NBA spędził 2 lata w mormońskiej misji).