wtorek, 25 marca 2014

Syćko bez te unije...

Na początku zastrzegam sobie prawo do lekkiego bełkotania i brzydkich słów - wino sprezentowane mi przez Debbie, żonę szefa, okazało się nadzwyczaj dobre (uwielbiam Rioję), widzę już dno w butelce, a frustracja narasta z każdym dniem :-(
Po raz kolejny pojechałem do tutejszego centrum handlowego. Co ciekawe rozciąga się ono na powierzchni kilku warsiawskich centrów razem wziętych. Po raz kolejny przekonałem się czemu ludzie nawet podczas wojny skupowali dolary - siła nabywcza tej waluty nadal bije na głowę każdą inną z poznanych dotychczas (w paru krajach już byłem i mam porównanie).
Jako przykład niech posłużą dwa kawałki gumy i materiału: zebrane do kupy, z haftem gościa z kijkiem na koniu (firma POLO, dla niezorientowanych) i z parą sznurówek, wyprodukowane w Chinach są dwukrotnie tańsze (bez przeceny) niż w Polszcze...
[http://i2.ztat.net/large/PO/21/2B/00/AK/11/PO212B00A-K11@5.jpg]
A wszystko to w stanie mającym jakieś 2/3 powierzchni prześwietnej III RP, którą to powierzchnię w znacznej części stanowią jałowe wzgórza lub pustynia czy też ich połączenie. Populację stanowi mniej niż 1,5 mln ludzi czyli ok. 3/4 populacji Warszawy. Jeśli chodzi o porównanie gospodarki Polski i Idaho to proszę zerknąć tu: http://www.netstate.com/economy/id_economy.htm - wygląda podobnie? Jedyne różnice to takie, że my nie mamy granatów, molibdenu i wanadu - mamy za to prawie całą północną granicę z morzem, ale to akurat nie jest miejsce na habilitację pt. jak dawać dupy przez brak gospodarki morskiej.
I co? Ziemniaki, kurwa! I ich przetwórstwo, sprzedaż i konsumpcja. Do tego trochę wołowiny i owiec. No i glina - cegielni ci u nas akurat dostatek. Nic, co u nas mogłoby się nie udać. Wychodzi na to, że nasze położenie geograficzne nie jest aż tak chujowe jakby mogło się wydawać.
Czarę goryczy przelała dzisiejsza wizyta w sklepie Cabela's - zorientowanym skojarzy się od razu z supermarketem z karabinami, ale jest tam o wiele więcej rzeczy takich jak: śpiwory, wędki, krzesełka piknikowe, pontony, łuki, kurtki, GPSy i wiele, wiele innych. Połaziłem sobie po hali wielkości tesco na Kabatach, kupiłem awaryjny odpowiednik śpiwora, małego multitoola (Lethermana zostawiłem Oli, na wszelki wypadek) i latarkę czołówkę - zamierzam łazić trochę po górach i przyda się zestaw do przetrwania. Potem oczywiście poszedłem na stoisko z bronią palną po drodze minąwszy stoisko z łukami i kuszami (Panie, kusza to śmierć wcielona, papież potępił i my komuniści wszystkich krajów popieramy to stanowisko w całej rozciągłości). Brakowało tam tylko MG42. Raj ;-)
Pogadałem z facetami, którzy tam pracują - zakup broni czarnoprochowej w zasadzie wygląda jak u nas, czyli wchodzisz do sklepu, płacisz i masz nową zabawkę. But oh, wait... Rewolwer kapiszonowy firmy Pietta (słoneczna Italia, ZSRE) kosztuje tu ok. 600-700 zł czyli o 50% mniej niż w Polsce, która jest, jakby nie patrzeć, troszkę bliżej niż USA. O co kaman? Nawet panowie w Cabela's nie wiedzieli. Pogadaliśmy za to o "progresive administration" - czyli o rządach, które skręcają na lewo (wiem, wiem, opieka zdrowotna jest tu do dupy i, jak słusznie zauważył jeden znajomy Doktor, nie załatwisz tu nic nawet "w pierwszej kolejności poza kolejnością". Na mój komentarz, że wiem jak to jest mieszkać w kraju z socjalistycznym ustrojem (jestem wystarczająco stary by pamiętać puste półki i kartki na cukier) odpowiedzieli, że z chęcią wysłaliby tych gości ze stanowego rządu do Europy, ale po drodze wyrzuciliby ich z łódki i kazali płynąć wpław. Domyślam się, że pracują tam raczej fascynaci broni niż pacyfiści (i obmierźli kapitaliści), ale to już kolejne moje spotkanie z ludźmi, którzy są zwolennikami kapitalizmu niż jakichś europejskich wymysłów - pierwsi byli mali przedsiębiorcy i jeden profesor, wszyscy cykliści.
W międzyczasie przypomniała mi się rozmowa z Erikiem, który pomaga mi w krystalizacji. Gadaliśmy o zarobkach profesorów, czy też raczej doktorów na stanowisku profesora, i wychodzi na to, że na BSU można zarobić ok. 6 000 USD na miesiąc, co daje ponad 70 000 USD na rok. Po co to piszę? A po to, żeby porównać koszt zakupu półciężarówki typu Mitsubishi L200 tu i u nas. W Polsce to min. 120 000 zł - wedle mojej wiedzy to ok. 100% rocznych zarobków profesora. Tu na taką furkę pracuje się pół roku. Na profesorskiej posadzie, of kors. Na przykładzie broni palnej porównanie ceny broni palnej wypada podobnie: w PL Glock 19 to 1/40 rocznych zarobków, w US - 1/80. Czemu nie porównuję zarobków tynkarzy? Bo nie param się tynkarstwem i trochę mało mnie to obchodzi - interesuje mnie jak mógłbym sobie poczynać w innych warunkach ekonomicznych...
No, zabrnąłem trochę w dygresje, ale główne moje pytanie pozostaje otwarte - co udaje się tutaj, a nie może wypalić u nas? Uprawa ziemniaków czy hodowla krów...?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz