Mój tutejszy szef prof Peter Muellner (w rzeczywistości jest dr inż jak ja, ale na stanowisku profesora - taka różnica między zachodnim i polskim systemem), pożyczył mi na czas pobytu w Boise rower. Zwykły góral, na dużych kołach. I muszę Wam napisać, że to jest pomysł lepszy od posiadania samochodu - mogę dojechać wszędzie gdzie chcę i zatrzymać się gdzie chcę, bo całe miasto i kampus przystosowane są do jazdy rowerem.
Zanim jednak mogłem swobodnie poszwędać się spędziłem 7 godzin w sobotę w laboratorium. Najpierw z Erikiem, czekając na przecięcie się próbki, pogadaliśmy o wędkowaniu, warunkach życia, pensjach, zamówieniach publicznych i innych sprawach, o których rozmawiają ludzie w dwóch różnych planet ;-)
Potem badaliśmy skład chemiczny stopu, z którego spróbujemy wyhodować pierwszy monokryształ dla mnie i gadaliśmy z Samem w innym laboratorium o studiowaniu, dobrych szefach i dziewczętach jedzących faszerowane hormonami kurczaki ;-)
Nareszcie po pracy mogłem wsiąść na rower. Pierwszym celem był sklep z militariami - kupiłem sobie spodnie ACU, dwie racje MRE (Meal Rejected by Ethiopians) na wycieczki po wzgórzach i fajny buttpack do łażenia po wzgórzach i jeżdżenia rowerem w dalsze regiony. Co ciekawe mieli też na składzie polskie hełmy, jeszcze czasów orzełka bez korony. Po zakupach jeździłem sobie powolutku i podziwiałem prawdziwą Amerykę.
Kupa złomu, domki zupełnie niepodobne do amerykańskiego snu - tak wygląda spora część posesji.
Za to dróg, i widoków, można im pozazdrościć.
W niedzielę, po niespiesznym śniadaniu postanowiłem pokręcić się po centrum miasta. Oczywiście każda stolica, Boise jest stolicą Idaho, musi mieć swój Kapitol - proszszsz bardz - tylko podziwiać.
A jak już się tam wdrapałem to mogłem podziwiać panoramę Boise.
Było tak ciepło, że nawet poleżałem na trawie i poopalałem się.
W drodze powrotnej miałem tez okazję podziwiać american dream, który znamy z filmów.
W tym mniejszym domku, na werandzie, rozwieszony był gwieździsty sztandar (nie wiem czy to widać na fotce).
I tak spędziłem niedzielę. Po południu znów udało mi się pooglądać grę w tenisa - tym razem w singla - znów wygrało Boise :-)
Po drodze widziałem mnóstwo ludzi ubranych w niebiesko-pomarańczowe ciuchy BSU. Nawet małe berbecie noszą barwy uniwerku, który jest dumą Boise. Naprawdę robi wrażenie to, że ludzie identyfikują się ze "swoją" uczelnią. Ja, oprócz czapki Broncos (którą dostałem w zeszłym roku) miałem dziś bluzę Politechniki (którą z kolei dostałem 2 dni przed wyjazdem od studentów mojego Wydziału) - a co, w końcu to najlepsza uczelnia techniczna w Polsce!
A wracając do Paula, to kolejny dr inż. na stanowisku profesorskim, to obiecał zabrać mnie na rowerową wyprawę na pustynię, can't wait for next weekend...









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz